Firmy promujące swoje artykuły jako ekologiczne oraz nieszkodliwe dla otoczenia powinny zachować ostrożność. Polski prawodawca właśnie rozpoczyna intensywniejszą walkę z greenwashingiem, inaczej nazywanym ekościemą. Sankcje mogą dotyczyć nie tylko zamierzonych fałszerstw, lecz także braku zapewnienia konsumentom dostatecznych danych.

- O greenwashingu mówi się od 1986 roku
- Głośne postępowania z ostatnich lat w tej sprawie dotyczą takich dużych marek jak Apple, Nestle czy Coca-Cola
- Nowa ustawa ma wdrożyć pochodzącą z prawa unijnego listę zakazanych praktyk obejmującą m.in. greenwashing
- Ekspertki ostrzegają też przed “zieloną ciszą” — brakiem komunikacji na temat zielonych produktów
- Więcej informacji o biznesie znajdziesz na stronie Businessinsider.com.pl
20 stycznia Urząd Ochrony Konkurencji i Konsumentów (UOKiK) skierował zastrzeżenia dotyczące wprowadzania nabywców w błąd w odniesieniu do “zielonych” obietnic marketingowych firmom Tchibo, Zara i Bolt. Markom grożą kary pieniężne w wysokości nawet 10 proc. rocznego przychodu; według Urzędu, nie ma wystarczających przesłanek, że proponowane towary i usługi są autentycznie ekologiczne i neutralne pod względem emisji.
Dalsza część artykułu znajduje się pod materiałem video:
Marcin Kuśmierz (Allegro) w Davos: jak Europa może wygrać globalną konkurencję?
To nie pierwsze tego typu działania UOKiK w ostatnich miesiącach — w minionym roku podobne zarzuty postawiono kilku firmom e-commerce i kurierskim, w tym InPost.
Czytaj też: Allegro, InPost, DHL i DPD z zarzutami od UOKiK. Chodzi o “greenwashing”
Problem znany od dawna
O greenwashingu w gruncie rzeczy mówi się już od kilkudziesięciu lat. Kwestia nierzetelnych lub niepotwierdzonych deklaracji dotyczących korzystnego wpływu produktów na środowisko naturalne i klimat, a także np. na prawa człowieka, zaczęła się pojawiać wraz ze wzrastającą świadomością społeczną w tych dziedzinach.
Jak zauważa Aleksandra Majda, specjalistka ds. przeciwdziałania greenwashingowi z ESG Impact Network oraz Krajowej Izby Gospodarczej, pierwsze procesy konsumenckie przeciwko koncernom paliwowym wniesiono w USA w latach siedemdziesiątych XX w., natomiast samo określenie do powszechnego użytku wprowadził w 1986 r. ekolog Jay Westerveld. Powodem tego była wizyta w hotelu, który utrzymywał, że ponowne używanie tych samych ręczników generuje znaczne oszczędności surowców.
Od tego momentu zjawisko to stale się nasilało. — Już dekadę temu globalny rynek produktów przyjaznych środowisku osiągnął wartość kilkuset miliardów dolarów. Obecnie oceny oscylują wokół 1,5 bln dolarów rocznie, zależnie od przyjętej perspektywy. Wystarczy udać się do dowolnego marketu i zwrócić uwagę na ekologiczne symbole na opakowaniach. Biznes odkrył w tym intratne źródło dochodu, więc szybko pojawiły się również nieuczciwe przedsiębiorstwa, które zaczęły promować swoje produkty jako dobre dla środowiska i klimatu bez żadnego poparcia w faktach — wyjaśnia Majda.
Czy greenwashing to zawsze fałsz?
Jak dodaje, greenwashing należy postrzegać jako formę dezinformacji, czyli wprowadzania społeczeństwa w błąd.
— Nie zawsze musi to być celowe kłamstwo. Nieprawdziwe twierdzenia często wynikają również z pomijania istotnych szczegółów, niedokładnej komunikacji lub niedostatecznej weryfikacji — tłumaczy ekspertka. Na przykład, firma X może utrzymywać, że jej ostateczny produkt nie wytwarza żadnych gazów cieplarnianych, mimo że miało to miejsce na każdym etapie produkcji. Informacje dotyczące śladu węglowego, wpływu na różnorodność biologiczną lub zasoby wodne mogą być również przedstawiane bez zastosowania właściwej metodologii i zaprezentowania wiarygodnych danych naukowych.
Problem się pogłębia, ale sądy i ustawodawcy coraz częściej na niego reagują. Aleksandra Majda wspomina głośne sprawy z ostatnich lat, takie jak wyrok niemieckiego sądu we Frankfurcie, który zakazał reklamowania zegarka Apple Watch jako neutralnego klimatycznie. Koncern z branży cyfrowej wykazywał kompensację emisji CO2 poprzez zasadzenia eukaliptusów w Paragwaju, uznano jednak, że potrwa to tylko do 2029 r., a dodatkowo monokultury drzew niszczą różnorodność biologiczną i zużywają wodę.
Z zarzutami spotkały się również m.in. takie marki jak Flixbus, Nestle czy Coca-Cola; ta ostatnia była zmuszona wycofać etykiety informujące o stuprocentowym pochodzeniu butelek z recyklingu. Komisja Europejska prowadzi także dochodzenia w sprawie linii lotniczych, a w Polsce głośna była sprawa sądowego zakazu sprzedaży popularnego paliwa węglowego jako tzw. “ekogroszku”.

Czytaj też: ClientEarth pozywa Nestle Polska. Koncern odpiera zarzuty
Więcej pozycji na czarnej liście
W odniesieniu do przepisów, w kontekście prawa unijnego największe zmiany w ramach Europejskiego Zielonego Ładu ma przynieść zatwierdzona dwa lata temu dyrektywa w sprawie wzmocnienia pozycji konsumentów w procesie transformacji ekologicznej poprzez zapewnienie im lepszych informacji i lepszej ochrony przed nieuczciwymi praktykami. Nazwa jest rozbudowana, ale dokładna — nabywcy mają być chronieni przed mylnymi przekazami na temat produktów.
—Dyrektywa poszerza tzw. “czarną listę” obecną już w poprzednich dyrektywach konsumenckich przez dodanie do niej 12 nowych praktyk zakazanych w każdej sytuacji. Pięć z nich odnosi się bezpośrednio do greenwashingu, w tym twierdzeń o kompensowaniu emisji (“równoważeniu” ich poprzez pochłanianie CO2 w inny sposób, np. przez sadzenie drzew — przyp. red.), pozostałe dotyczą natomiast twierdzeń o trwałości produktów lub ich przydatności do naprawy, a także informowania o konieczności aktualizacji oprogramowania, gdy w rzeczywistości nie jest to wymagane — Aleksandra Majda objaśnia istotę nowych przepisów unijnych. W tym momencie przechodzimy już bezpośrednio do zagadnienia polskiego — spis z dyrektywy znajdzie się bowiem w ustawie, którą ma wkrótce zająć się nasz rząd.
Mowa o projekcie ustawy o zmianie ustawy o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym oraz ustawy o prawach konsumenta. Dokument pojawił się na stronie Rządowego Centrum Legislacji pod koniec ubiegłego roku, a jego autorem jest Prezes UOKiK. Do 30 stycznia trwa przyjmowanie opinii na temat projektu, potem przejdzie on kolejne etapy procesu legislacyjnego, aż w końcu trafi do Rady Ministrów, a następnie do sejmu.
Ile zapłacą przedsiębiorstwa?
Wdrażając dyrektywę, ustawa spowoduje przełom w polskim prawie — greenwashing, czyli nieprawdziwe “deklaracje dotyczące ekologiczności” jako element informacji handlowej w postaci tekstu, grafiki, ilustracji, nazwy artykułu, symbolu lub oznaczenia, zostanie po raz pierwszy zdefiniowany.
Obecnie obowiązujące i właśnie zmieniane ustawy (ustawa z 16 lutego 2007 r. o ochronie konkurencji i konsumenta oraz ustawa z 23 sierpnia 2007 r. o przeciwdziałaniu nieuczciwym praktykom rynkowym) wprawdzie umożliwiają zwalczanie “ekościemy” już teraz, co widać po ostatnich działaniach UOKiK, ale bezpośrednie określenie zakazanych praktyk pozwoli Urzędowi na zwiększenie efektywności.
— Każda nowa regulacja, która dokłada cegiełkę do eliminacji greenwashingu z rynku, jest game changerem (wydarzeniem zmieniającym reguły gry — przyp. red.) (…) Dotychczasowe regulacje były bardzo ogólne i brzmiały np. “nie wprowadzać w błąd”. UOKiK w wielu przypadkach nie wszczynał postępowań z własnej inicjatywy. Na szczęście konsumenci coraz lepiej zdają sobie sprawę, że mogą zgłaszać nieuczciwe praktyki rynkowe — komentuje Wiktoria Soszka, specjalistka ds. ESG i zrównoważonego rozwoju z Kancelarii Legalden oraz Fundacji Law For Good.
Przedsiębiorcy otrzymają czytelny sygnał, czego nie mogą robić. Będą też ponosić konsekwencje finansowe; w dołączonej do projektu ocenie skutków regulacji (OSR) Prezes UOKiK szacuje, że w drugim roku obowiązywania ustawy wyniosą one łącznie 50,6 mln zł. 80 proc. kar ma być nakładanych na duże przedsiębiorstwa.
Co będzie zabronione?
Zakazane praktyki z dyrektywy, które wprowadzi ustawa, obejmują m.in. umieszczanie oznaczeń o zrównoważonym charakterze produktów bez potwierdzenia ich uznanym systemem certyfikacji lub przez organy publiczne. Firmom zabroni się prezentowania ogólnych deklaracji dotyczących “ekologiczności”, jeżeli nie będą w stanie ich uzasadnić. Tak samo nie będzie można komunikować “ekologiczności”, jeżeli dotyczy ona tylko jednego aspektu produktu lub działalności firmy.
Kompensacja nie będzie mogła stanowić podstawy do twierdzeń o neutralnym, ograniczonym lub pozytywnym wpływie na środowisko pod względem emisji gazów cieplarnianych. Kolejny punkt to zakaz przedstawiania obowiązkowych wymogów, które i tak są narzucone firmom przez prawo, jako dodatkowych zalet produktu.
Ustawa zdefiniuje również takie pojęcia jak “towar”, “deklaracja dotycząca ekologiczności”, “ogólna deklaracja dotycząca ekologiczności” lub “oznaczenie dotyczące zrównoważonego charakteru”. Definicje będą także odnosić się do trwałości, aktualizacji oprogramowania lub systemu certyfikacji. W odniesieniu do tych ostatnich, przedsiębiorcy będą mogli korzystać tylko z określonych systemów, w tym unijnych EMAS i Eco-Label.

Kto ma skorzystać?
Zgodnie z OSR, na nowych przepisach przede wszystkim skorzystają konsumenci, którzy będą dzięki nim lepiej chronieni. Z kolei przedsiębiorcy staną przed “potrzebą ewentualnego dostosowania swojej działalności”, aby uniknąć zarzutów.
Więcej pracy mogą mieć również Polskie Centrum Akredytacji, udzielające zezwoleń na wykorzystanie certyfikowanych oznaczeń, Urząd Patentowy RP lub Główny Inspektor Jakości Artykułów Rolno-Spożywczych, który udziela eksperckiego wsparcia. OSR przewiduje także “niewielki wzrost liczby apelacji” w Sądzie Apelacyjnym w Warszawie.
Ustawa ma wejść w życie 27 września bieżącego roku. Jeżeli chcemy poprawnie wdrożyć przepisy, nie mamy w tym zakresie zbyt dużego wyboru — dyrektywa wyraźnie wskazuje ten termin, natomiast przyjęcie i publikacja nowych zasad ma nastąpić najpóźniej do 27 marca. Aleksandra Majda prognozuje pewien opór polityczny, gdy sprawa trafi do sejmu — regulacja ostatecznie nałoży nowe wymogi na przedsiębiorców.
Przepisy miały iść dalej
Przyjęta w 2024 r. dyrektywa w sprawie wzmocnienia pozycji konsumentów w procesie transformacji ekologicznej poprzez zapewnienie im lepszych informacji i lepszej ochrony przed nieuczciwymi praktykami powinna wypełnić obietnicę zawartą w swojej nazwie, jednak aspiracje unijnych legislatorów sięgały jeszcze dalej.
Tzw. dyrektywa green claims miała zobowiązywać firmy do precyzyjnego udowadniania prawdziwości “zielonych” twierdzeń jeszcze przed ich zakomunikowaniem opinii publicznej. W czerwcu ubiegłego roku Komisja Europejska wstrzymała jednak projekt, uginając się pod presją krytyki, która wskazywała na zbyt duże i kosztowne obciążenia dla biznesu.
—Przepisy z dyrektywy, którą obecnie wdrażamy, to uszczegółowienie dotychczasowych regulacji, głównie poprzez wprowadzenie zakazanych określeń lub działań; dyrektywa Green Claims miała wymusić na biznesie jeszcze więcej pracy. Nie wiadomo, co dalej się z nią stanie; mimo nieprzychylnego nastawienia Komisji, duńska prezydencja w Radzie UE podtrzymała projekt, ale po rozluźnieniu jego treści, tj. wprowadzeniu dobrowolności weryfikacji, zdaniem niektórych organizacji ekologicznych stracił on swój sens — opowiada Aleksandra Majda.
Nie tylko greenwashing jest problemem?
Jak dowiadujemy się od ekspertek, zagrożeniem jest nie tylko greenwashing, lecz także greenhushing — “zielona cisza”, czyli pomijanie przez firmy informacji o wpływie swoich produktów na środowisko, aby uniknąć oskarżeń o ekościemę.
—Greenhushing jest równie szkodliwy jak greenwashing. Będzie zyskiwał na znaczeniu, gdy obserwujemy coraz więcej postępowań w tym drugim obszarze — stwierdza Wiktoria Soszka. Jak mówi, zjawisko to jest widoczne np. w sektorze MŚP.
— Na swoją skalę te przedsiębiorstwa działają w sposób bardzo przyjazny dla klimatu, ale nie informują o tym, aby uniknąć późniejszych pytań o dowody na ekologiczne praktyki. Aby nie wpaść w greenwashing lub greenhushing, potrzebna jest dobra współpraca między działem komunikacji a działem ESG lub osobą odpowiedzialną za działania dekarbonizacyjne — dodaje.
Obawy przed “zieloną ciszą” wyraża także Aleksandra Majda. Głośne postępowania UOKiK wobec rynkowych gigantów mogą wywołać efekt uboczny w postaci efektu mrożącego — firmy mogą bać się inwestowania w “bycie eko”. Podkreśla, że nie jest to jednak tylko odpowiedzialność biznesu i wskazuje na potrzebę działań na szczeblu instytucjonalnym, inicjowanie i wzmacnianie partnerstw między podmiotami reprezentującymi interesy regulatorów, organizacji konsumenckich, biznesu, mediów, konsumentów oraz środowisk naukowych.
— Ci, którzy coś robią, mogą obawiać się komunikowania czegokolwiek. Rozwiązanie jest jednak proste — trzeba nauczyć się kilku prostych zasad i dalej propagować zieloną wiedzę. Budowanie społeczeństwa opartego na Zielonej Inteligencji leży w interesie nas wszystkich, w tym również firm, które w swoich strategiach uwzględniają zrównoważony rozwój, ponieważ tylko świadomy konsument jest w stanie docenić ich wysiłki na rzecz bardziej odpowiedzialnej gospodarki, a tym samym nagrodzić je wyborem ich usług i produktów — podsumowuje Majda.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
