Doktor Štrosmajer rzekł niegdyś do siostry Huňkovej, iż gdyby niedorzeczność posiadała lotność, to fruwałaby pani niczym gołąb. To powiedzenie z nakręconego w latach 70. czechosłowackiego serialu “Szpital na peryferiach”. Przeniknęło do powszechnego języka u naszych południowych sąsiadów, ale powodzenie zdobyło także w Polsce. Przerodziło się w zjadliwy komentarz do nierozwagi i głupoty. Obecnie z powodzeniem można ją dedykować Prawu i Sprawiedliwości, które postanowiło przestraszyć Polaków załamaniem na rynku paliw i zagrożeniem dla bezpieczeństwa energetycznego.

Najpierw parę nużących faktów. Światowa ekonomia, której jesteśmy drobną częścią, to układ naczyń połączonych. Załamania gospodarcze czy konflikty zbrojne rozprzestrzeniają się w znaczeniu ekonomicznym po całym globie. Niczym wirus infekują giełdy od Nowego Jorku przez Londyn po Tokio. Cierpią wszyscy, nawet jeśli spór czy perturbacje nie dotyczą bezpośrednio.
Kryzys godzi w każdego
Podobnie jest z wojną w Iranie. Spowodowała poważne zwyżki na rynku ropy naftowej i gazu, co jest oczywiste, bo Bliski Wschód to jeden z czołowych wytwórców tych surowców na świecie. Spór dotknął jednak nie tylko przedsiębiorstwa paliwowe, ale wszystkie rynki kapitałowe na świecie, w waluty czy obligacje. Sytuacja jest napięta, a niepewność jest najtrudniejsza do oszacowania.
Słabnie zatem również giełda w Warszawie, obniża się wartość złotego i rządowy dług. Jesteśmy na stałe, na dobre i złe, włączeni w globalny system finansowy.
Wzrasta cena ropy naftowej, więc wkrótce będzie wzrastała cena detaliczna paliw i będzie kosztowniej przy dystrybutorze. To naturalne zjawisko, przeważnie tymczasowe. Nie wiadomo jednak, jak długo potrwają rynkowe wahania, ile będzie zmian w sprawie Iranu i jak bardzo jeszcze może ulec zmianie cena ropy naftowej czy gazu.
To nie jest odpowiedni moment, aby straszyć kryzysem paliwowym, gdy wojna nie trwa jeszcze nawet tygodnia. To nie jest właściwa chwila, aby rozważać, czy bezpieczeństwo energetyczne Polski jest zagrożone.
Polityczny cynizm
Taki scenariusz zdecydowali się jednak realizować politycy największej partii opozycyjnej, czyli Prawa i Sprawiedliwości (PiS) i to słowami najbardziej rozpoznawalnych polityków. Nie warto tym słowom dodawać wagi i ich powtarzać. Wystarczy, że politycy usiłują szerzyć panikę czy zamęt.
Naturalne jest, że ludzie rozważają, czy zatankować na zapas, bo nie wiadomo jak bardzo wzrosną ceny benzyny czy oleju napędowego. To szczególnie dotyczy takich branż jak rolnictwo czy transport, gdzie zapotrzebowanie na paliwa będzie rosło w najbliższych tygodniach. Z pewnością pojawią się pojedyncze zakłócenia na stacjach, bo przez zwiększający się popyt, dostawy mogą nie być tak płynne. Jednak konstruowanie obrazu rynku paliwa w Polsce na podstawie pojedynczych stacji, to spore nadużycie.
Zadaniem polityków w takiej sytuacji jest uspokajać, a nie igrać z ogniem przy dystrybutorach.
Wywołać panikę na stacjach paliw jest bardzo łatwo. Jedna kolejka, jakaś przerwa w dostawie, kilka zdjęć trafia do internetu i rozchodzi się cytatami w mediach tradycyjnych i na platformach społecznościowych. Recepta na kryzys gotowa. Tutaj działa też zasada samospełniającej się przepowiedni — jeśli uwierzymy, że zabraknie paliwa i zaczniemy je tankować na zapas, to miejscami, gdzie popyt będzie największy, faktycznie pojawią się braki w dostawach, a to będzie się rozlewać na kolejne stacje i coś, co nie stanowiło problemu, zacznie nim być.
PiS powinien mieć takie sytuacje w pamięci, bo podczas swoich rządów mierzył się z jednymi z największych i najniebezpieczniejszych kryzysów w ostatnich dekadach, czyli pandemią i pełnoskalową agresją Rosji w Ukrainie. Wówczas też ludzie rzucili się tankować, nabywać dolary i złoto, robić zapasy. Łatwo było wzbudzić niepokój, bo gaz i ropę w zdecydowanej większości kupowaliśmy w Rosji. Ryzyko kryzysu energetycznego było realne. Ryzyko kryzysu bankowego również, bo ludzie w takich sytuacjach biegną do bankomatów po pieniądze.
PiS musi pamiętać, że panika i zamęt były wówczas wzmacniane przez rosyjską propagandę, która na pierwszym miejscu ma destabilizację społeczeństw Zachodu.
Partia kontra państwo
Partia Jarosława Kaczyńskiego ma pełne prawo w obecnej sytuacji chwalić się tym, że to za jej rządów udało się dokonać bardzo dużo dla dywersyfikacji źródeł zakupów surowców przez Polskę. To dotyczy zarówno ropy naftowej, jak i gazu. Politycy dzisiejszej opozycji bez krzty wstydu mogliby wypinać pierś po odznaczenia. PiS ma możliwość konstruowania pozytywnego przekazu w obecnej sytuacji, a wybiera destrukcyjną komunikację o kryzysie, którego nie ma.
Premier Donald Tusk czy prezes Orlenu Ireneusz Fąfara nie zmienią ceny ropy na światowych giełdach. Polska nie ma mocy, aby zakończyć wojnę w Iranie i uspokoić nastroje na Bliskim Wschodzie. Istotną bronią, jaką mamy, jest budowanie odporności społecznej na kryzysy, manipulację, dezinformację, panikę i zamęt.
Jeśli ktoś cynicznie wybiera polityczną grę, zamiast troski o interes państwa, to znaczy, że nie nadaje się do tego, żeby tym państwem kierować.
Autor: Bartek Godusławski, dziennikarz Business Insider Polska
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
