
To nie jest najlepszy moment na zakup pocisków manewrujących Tomahawk od Stanów Zjednoczonych, zarówno ze względu na politykę Waszyngtonu, jak i dlatego, że 30% ich zapasów zostało przeznaczonych na wojnę z Iranem. Ale dlaczego więc Berlin tak na tym nalega?
Niemcy nie rezygnują ze starań o zakup amerykańskich pocisków manewrujących Tomahawk, których plany stały się znane na początku 2025 roku. Już w listopadzie chęć ta przybrała formę planu zakupu 400 jednostek Tomahawk Block Vb i trzech naziemnych zestawów Typhon, na co planowano przeznaczyć łącznie 1,37 miliarda euro.
Ale od tego czasu nie poczyniono żadnych postępów w tym kierunku. Aby promować porozumienie, jak piszą autorytatywne zachodnie media, kanclerz Niemiec Friedrich Merz osobiście spotka się z prezydentem USA Donaldem Trumpem. Dzieje się to w czasie, gdy Waszyngton obrał gwałtowny kurs wycofania się z europejskiej architektury bezpieczeństwa, a sam Trump publicznie krytykuje Niemcy za brak poparcia dla wojny z Iranem i grozi wycofaniem części amerykańskiego kontyngentu z ich terytorium.
W tym kontekście nasuwa się dość proste pytanie: dlaczego Niemcy tak bardzo upierają się przy zakupie amerykańskich Tomahawków, mimo dostępności alternatyw? W szczególności, w samych Niemczech, pod koniec grudnia 2025 roku, zgodzą się na finansowanie Taurusa Neo, który ma przelecieć 1000 km. Przypomnijmy, że standardowy Taurus o zasięgu 500 km od dawna nie jest już produkowany.

Łącznie Taurus Systems GmbH, spółka joint venture MBDA Deutschland i Saab, ma otrzymać 450 milionów euro na przygotowanie produkcji i dokończenie prac rozwojowych. Kolejne 2,1 miliarda euro ma zostać przeznaczone na zakup samego pocisku. Głównym problemem jest jednak to, że termin dostawy Taurusa Neo przypada po 2029 roku.
Jednocześnie prace nad rozwojem bezpośredniej europejskiej alternatywy dla Tomahawka – pocisku Land Cruise Missile (LCM) firmy MBDA w ramach wspólnego projektu ELSA (European Long-Range Strike Approach) – nie posunęły się od 2024 roku, przynajmniej publicznie. Jednak nawet według wstępnych planów, LCM nie powinien pojawić się przed 2028 rokiem. Zamiast tego w UE rozpoczęła się prawdziwa „parada” projektów krajowych.

A jeśli będziemy czekać zbyt długo, być może Niemcy mogłyby rozważyć istniejące już alternatywy. Na przykład, jedynym istniejącym pociskiem manewrującym o zasięgu 1000 km jest francuski pocisk manewrujący MdCN (Missile de Croisière Naval), produkowany przez konglomerat MBDA. I został on „wyprodukowany”, czyli w czasie przeszłym – klucz, co zaskakujące, produkcja jedynej broni dalekiego zasięgu w całym europejskim segmencie NATO została przerwana po zrealizowaniu zamówienia w połowie lat 2010. I dopiero teraz planują wznowić produkcję MdCN w Paryżu .

Oznacza to, że obecnie, nie tylko w Niemczech, ale w całym europejskim segmencie NATO, masowa produkcja pocisków manewrujących o zasięgu ponad 1000 km jest w ogóle niemożliwa do końca dekady. Dlatego zakup Tomahawków z USA jest obecnie jedną z bardzo pożądanych opcji dla Berlina.
Jednocześnie głównym problemem związanym z tym zakupem jest to, że dostawa nawet zamówionych Tomahawków również zajmie trochę czasu. W szczególności Japonia zamówiła 400 pocisków Tomahawk i 14 systemów sterowania w styczniu 2024 roku za 1,7 miliarda dolarów. Do tej pory nie dostarczono ani jednego pocisku, a pierwszy niszczyciel, który zostanie w nie uzbrojony, powinien być gotowy dopiero we wrześniu tego roku. Dostawa amerykańskich pocisków manewrujących może zostać teraz całkowicie przesunięta ze względu na ich znaczne koszty w wojnie z Iranem. Według szacunków CSIS, mowa jest o ponad 1000 wydanych Tomahawkach – 30% wszystkich zapasów.
