Kolejki u lekarzy w Polsce. Naczelny lekarz twierdzi: Ten system wciąż funkcjonuje

Język źródłowy: Polski Kolejki do specjalistycznych konsultacji podtrzymują funkcjonowanie niedofinansowanej służby zdrowia, a relacje pomiędzy sektorem medycznym a Ministerstwem Zdrowia są obecnie najgorsze od lat – oznajmił PAP dr Łukasz Jankowski, który uzyskał reelekcję na stanowisko prezesa Naczelnej Rady Lekarskiej.

Kolejki do lekarzy w Polsce. Prezes NRL: Utrzymują ten system przy życiu

fot. Wojciech Kozioł / / FORUM

Doktor Łukasz Jankowski specjalizuje się w nefrologii. Od roku 2022 stoi na czele Naczelnej Rady Lekarskiej, zrzeszającej ponad 200 tysięcy medyków i lekarzy stomatologów. W nocy z 21 na 22 maja 2026 r. został powołany na drugą kadencję jako prezes NRL.

PAP: Podczas Krajowego Zjazdu Lekarzy w Jachrance doszło do zakłóceń systemu głosowania. Czy udało się ustalić przyczynę?

Dr Łukasz Jankowski: W trakcie zjazdu złożyliśmy zawiadomienie do organów ścigania w sprawie podejrzenia zakłócania przebiegu obrad oraz funkcjonowania elektronicznego systemu głosowania. Profesjonalna firma informatyczna, która zabezpieczała zjazd, po analizie logowań stwierdziła, że z bardzo dużym prawdopodobieństwem do systemu oddawania głosów zalogowało się zewnętrzne urządzenie, które zakłócało sygnał.

Nie chcę przesądzać, kto jest odpowiedzialny za to zdarzenie. Tym zajmują się właściwe służby. Jest jednak faktem, że emocje związane z wyborami w samorządzie lekarskim okazały się znacznie silniejsze, niż wielu mogło przypuszczać.

PAP: Zwyciężył pan w wyborach z dużą przewagą – uzyskał pan 266 głosów, podczas gdy pański oponent, dr Tadeusz Urban, zdobył ich 193. Wynik ten jednak wskazuje również na podział w środowisku lekarskim.

Ł.J.: Moja kadencja uzyskała silniejsze poparcie niż cztery lata temu. Jednocześnie jestem świadomy, że część delegatów głosowała nie tyle na rzecz mojego kontrkandydata, ile przeciwko mnie.

Dlatego już podczas zjazdu podkreśliłem, że moim priorytetem jest odbudowanie spójności samorządu. Kampania wyborcza dobiegła końca. Teraz rozpoczyna się praca. W ochronie zdrowia jest wystarczająco wiele wyzwań, abyśmy nie musieli generować dodatkowych problemów wewnętrznych.

PAP: Jaki jest obecnie największy problem systemu opieki zdrowotnej?

Ł.J.: Niedostateczne finansowanie i brak organizacji. Obecnie dominującą tendencją nie jest już rozwój, inwestowanie czy podnoszenie jakości leczenia, lecz oszczędzanie. Słyszymy komunikaty: “nie ma funduszy, musimy przetrwać”, “konieczne jest ograniczanie wydatków”. To nie jest strategia rozwoju służby zdrowia, lecz strategia przetrwania. Coraz częściej odnoszę wrażenie, że działamy w warunkach swoistej partyzantki. Szpitale generują długi, usługi medyczne są ograniczane, a problemy są jedynie odsuwane w czasie.

PAP: Używa pan bardzo mocnych sformułowań.

Ł.J.: Sytuacja jest bowiem poważna. Grozi nam ryzyko chaotycznego zamykania niektórych szpitali powiatowych, podczas gdy brakuje spójnej koncepcji restrukturyzacji systemu. Nie ma jasnej odpowiedzi na pytanie, które placówki powinny się rozwijać, które powinny zmienić swój profil działalności, a które powinny zostać włączone do większych sieci. W rezultacie decyzje często podejmowane są pod presją zadłużenia, a nie na podstawie rzeczywistych potrzeb zdrowotnych mieszkańców.

Tymczasem ochrona zdrowia wymaga długoterminowego planowania. Należy określić, ilu lekarzy będzie nam potrzebnych za dziesięć lat, gdzie skupią się potrzeby zdrowotne związane ze starzeniem się społeczeństwa oraz jakie usługi medyczne powinny być dostępne lokalnie, a jakie w wyspecjalizowanych ośrodkach. Obecnie mam wrażenie, że częściej reagujemy na kryzysy, niż im zapobiegamy.

Jednocześnie tam, gdzie państwo wycofuje się z pewnych obszarów, coraz częściej pojawia się kapitał prywatny. Nie mam nic przeciwko prywatnym placówkom medycznym – wiele z nich świadczy usługi na bardzo wysokim poziomie. Problem pojawia się wtedy, gdy pacjent korzysta z nich nie z własnej woli, ale z braku realnej alternatywy w ramach systemu publicznego.

Obserwujemy to na przykładzie ambulatoryjnej opieki specjalistycznej. Jeśli pacjent dowiaduje się, że na wizytę w ramach NFZ będzie czekał osiem lub dziesięć miesięcy, a prywatnie może zostać przyjęty za kilka dni, jego wybór nie jest w pełni dobrowolny. Jest wymuszony przez okoliczności.

Dlatego odnoszę wrażenie, że po cichu dokonuje się proces prywatyzacji systemu opieki zdrowotnej. Nie poprzez jedną wielką reformę ogłoszoną na konferencji prasowej, ale poprzez stopniowe ograniczanie dostępności publicznych świadczeń. Pacjenci coraz częściej pokrywają z własnej kieszeni koszty konsultacji, badań czy zabiegów, które teoretycznie powinny być dostępne w systemie publicznym.

Nie chodzi o ideologiczny spór dotyczący wyższości sektora publicznego nad prywatnym. Chodzi o pytanie, czy państwo nadal zamierza być głównym gwarantem dostępu do leczenia. Obecnie coraz więcej pacjentów ma wątpliwości, czy tak faktycznie jest.

PAP: Jak obecnie wyglądają relacje pomiędzy samorządem lekarskim a Ministerstwem Zdrowia?

Ł.J.: Są najgorsze od lat. Działam w systemie od 2017 roku i nie przypominam sobie okresu, w którym dialog był tak ograniczony. Poprzednie kierownictwa resortu przynajmniej starały się zachować pozory konsultacji społecznych. Obecnie często dowiadujemy się o kluczowych decyzjach z mediów.

Nie otrzymujemy z wyprzedzeniem projektów aktów prawnych. Nie mamy możliwości realnego wpływania na kształt rozwiązań. To nie jest korzystna sytuacja ani dla lekarzy, ani dla pacjentów.

Jednocześnie po wyborach otrzymałem telefon od pani minister zdrowia. Odebrałem to jako sygnał gotowości do podjęcia rozmowy. Jesteśmy otwarci na dialog, jednakże dialog nie może oznaczać bezwarunkowej akceptacji każdej decyzji podejmowanej przez resort.

PAP: Co należałoby zrobić w pierwszej kolejności, aby poprawić sytuację pacjentów?

Ł.J.: Utworzyć fundusz restrukturyzacji i konsolidacji szpitali. Polski system opieki zdrowotnej jest bardzo fragmentaryczny. Potrzebujemy modelu, w którym istnieją placówki wiodące, koordynujące oraz filialne. Niezbędna jest większa współpraca, lepsza organizacja i klarowny podział kompetencji. Wymaga to odwagi politycznej i nakładów finansowych. Obecnie natomiast słyszymy głównie o oszczędnościach.

PAP: Od lat słyszymy również obietnice skrócenia kolejek. Tymczasem one nie znikają.

Ł.J.: Powiem coś, co może być niepopularne: kolejki są dzisiaj jednym z mechanizmów podtrzymujących funkcjonowanie niedofinansowanego systemu. W debacie publicznej kolejka jest zazwyczaj przedstawiana jako dowód niewydolności służby zdrowia. Oczywiście stanowi to problem i nikt rozsądny nie będzie twierdził, że wielomiesięczne oczekiwanie na wizytę jest czymś normalnym. Mam jednak wrażenie, że rzadko zastanawiamy się nad tym, dlaczego te kolejki utrzymują się od lat, niezależnie od tego, kto aktualnie sprawuje władzę.

Odpowiedź jest prosta: ponieważ system nie dysponuje środkami pozwalającymi zaspokoić wszystkie potrzeby zdrowotne w czasie, jakiego oczekiwaliby pacjenci. Gdybyśmy jutro postanowili przyjąć wszystkich oczekujących na wizyty do specjalistów, wykonać wszystkie zaległe badania diagnostyczne i przeprowadzić wszystkie niezbędne zabiegi bez zwłoki, bardzo szybko okazałoby się, że brakuje zarówno funduszy, jak i personelu. Kolejka pełni więc rolę niewidzialnego regulatora dostępu do świadczeń. Rozkłada zapotrzebowanie w czasie i umożliwia funkcjonowanie systemu pomimo chronicznego niedofinansowania. Tak więc kolejki stały się elementem mechanizmu, który pozwala utrzymać równowagę pomiędzy ogromnymi potrzebami zdrowotnymi a ograniczonymi zasobami. Politycy regularnie zapowiadają walkę z nimi, ale jednocześnie nie informują o kosztach ich faktycznego zredukowania. Dlatego uważam, że uczciwa dyskusja o ochronie zdrowia powinna rozpoczynać się od pytania, ile jako państwo jesteśmy gotowi przeznaczyć na leczenie i jakie świadczenia chcemy zagwarantować wszystkim obywatelom. Dopiero potem można rozpocząć rozmowę o czasie oczekiwania.

PAP: Ostatnio słyszymy, że pieniędzy na opiekę zdrowotną brakuje, ponieważ środki finansowe przeznaczane są głównie na wynagrodzenia lekarzy.

Ł.J.: Jeszcze kilkanaście lat temu młody lekarz zarabiał dwa lub trzy tysiące złotych miesięcznie i niewiele osób uważało to za problem. Obecnie, gdy lekarze mogą utrzymać się z wykonywania zawodu na przyzwoitym poziomie, próbuje się kreować narrację, według której to właśnie oni ponoszą odpowiedzialność za kryzys w służbie zdrowia. Jest to wygodny sposób odwracania uwagi od rzeczywistych problemów systemu. Oczywiście, co pewien czas powraca temat tak zwanych kominów płacowych. Pojawiają się informacje o bardzo wysokich zarobkach pojedynczych lekarzy i natychmiast rozpoczyna się dyskusja o rzekomych patologiach w środowisku. Warto jednak zadać pytanie, skąd takie wynagrodzenia się biorą.

Zwykle są one konsekwencją błędnych wycen świadczeń medycznych. Jeśli system przez lata premiuje określone procedury lub specjalizacje, a jednocześnie niedoszacowuje inne, to naturalnie pojawiają się ogromne różnice w wynagrodzeniach. To nie lekarze ustalają wyceny świadczeń. Robi to państwo za pośrednictwem swoich instytucji. Jeśli więc gdzieś powstają nieuzasadnione dysproporcje, należy przede wszystkim przyjrzeć się mechanizmom finansowania systemu. Dyskusja o pojedynczych wynagrodzeniach nie może zastępować rozmowy o tym, jak wyceniane są świadczenia i czy publiczne środki finansowe są wydawane racjonalnie. Lekarze powinni otrzymywać godne wynagrodzenie. Podobnie pielęgniarki, ratownicy medyczni czy fizjoterapeuci. Mówimy o zawodach wymagających ogromnej odpowiedzialności i wieloletniego kształcenia. Natomiast jeśli gdzieś pojawiają się zjawiska nadmiernych wynagrodzeń, należy szukać ich przyczyn w strukturze systemu, a nie wyłącznie w osobach, które działają w ramach zasad stworzonych przez państwo.

PAP: Pacjenta interesuje jednak przede wszystkim to, czy lekarz jest kompetentny i empatyczny, a nie to, ile zarabia.

Ł.J.: I słusznie. Problem polega na tym, że coraz trudniej jest utrzymać wysoką jakość relacji lekarz–pacjent w systemie, który sam generuje ogromną frustrację i przeciążenie. Przeciętny lekarz pracuje dzisiaj na półtora do dwóch etatów. Sporą część czasu poświęca nie na leczenie, ale na wypełnianie formalności administracyjnych.

PAP: Jednym z pomysłów na złagodzenie niedoborów kadrowych było otwarcie rynku pracy dla lekarzy z Ukrainy. Czy ten eksperyment okazał się skuteczny?

Ł.J.: Należy zacząć od uporządkowania faktów. Polska boryka się z niedoborami kadrowymi przede wszystkim w publicznym systemie ochrony zdrowia. Brakuje lekarzy na oddziałach wewnętrznych, w szpitalach powiatowych, na SOR-ach, w miejscach, gdzie praca jest najtrudniejsza. Po wybuchu wojny do Polski przybyło około 3 tysięcy lekarzy z Ukrainy. Nie jest to mała liczba, ale twierdzenie, że rozwiązała ona problemy kadrowe polskiej służby zdrowia, jest po prostu nieprawdziwe. Jeśli w systemie brakuje tysięcy lekarzy różnych specjalności, to trzy tysiące osób nie zmienia jego fundamentów.

Druga kwestia to jakość weryfikacji kwalifikacji. W okresie wojny wprowadzono nadzwyczajne rozwiązania i wiele osób je rozumiało. Problem polega na tym, że rozwiązania nadzwyczajne nie powinny stawać się normą. Są ukraińscy lekarze, którzy po dwóch latach pracy w Polsce nadal mają trudności z podstawową komunikacją w języku polskim. A przecież lekarz musi porozumiewać się z pacjentem, jego rodziną, personelem pielęgniarskim, ratownikami, innymi lekarzami.

Znam sytuacje, w których tylko refleks pielęgniarki zapobiegł tragedii, ponieważ lekarz nieznający języka polskiego przepisał niewłaściwe leki. Powiedzmy sobie szczerze: gdyby polski lekarz chciał pracować w Niemczech, Francji czy Szwecji, nikt nie dopuściłby go do pracy bez potwierdzenia znajomości języka. Nie bardzo rozumiem, dlaczego polski pacjent miałby mieć mniejsze prawo do bezpieczeństwa niż pacjent niemiecki czy francuski.

PAP: Gdyby mógł pan jednym podpisem zmienić jedną rzecz w polskiej ochronie zdrowia, co by to było?

Ł.J.: Znacząco zwiększyłbym finansowanie systemu, a jednocześnie wprowadził konkurencję pomiędzy płatnikami. Uważam, że monopol Narodowego Funduszu Zdrowia wyczerpał swoje możliwości. Chciałbym systemu, w którym kilka podmiotów rywalizuje o pacjenta poprzez jakość świadczeń i efektywność działania. Pacjent nie powinien być traktowany jako koszt. Powinien być postrzegany jako wartość.

PAP: A co z pańskiej drugiej kadencji wyniosą pacjenci?

Ł.J.: Będą mieli do czynienia z lepiej przygotowanymi lekarzami, bardziej nowoczesnym samorządem i większym poczuciem bezpieczeństwa.

Będę wzmacniał system odpowiedzialności zawodowej, rozwijał rozwiązania cyfrowe i kładł jeszcze większy nacisk na kształcenie ustawiczne. Pacjent ma bowiem prawo oczekiwać, że trafi do lekarza, który stale aktualizuje swoją wiedzę i pracuje zgodnie z najwyższymi standardami, a jakość leczenia i bezpieczeństwo pacjentów są najważniejszymi wskaźnikami sukcesu samorządu lekarskiego.

Rozmawiała Mira Suchodolska (PAP)

mir/ akar/

No votes yet.
Please wait...

Leave a Reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *