W rodzimej polityce preferujemy klarowne narracje, jak ta o Zbigniewie Ziobrze, który skonsolidował sądownictwo. Jednakże o wiele poważniejsze konsekwencje, mające wpływ na stan zdrowia obywateli, spowodował Adam Niedzielski oraz jego następcy.
Za najpoważniejszym od dekad załamaniem w sektorze zdrowotnym stoi ustawa przegłosowana jednogłośnie w czasach rządów PiS, kiedy to Adam Niedzielski sprawował urząd ministra zdrowia. Ministrowie resortu zdrowia w okresie rządów Koalicji 15 października powielają jednakże jego pomyłki.
Jeśli władze państwowe wciąż będą udawać, że problem nie istnieje, raz wprawiony w ruch schemat będzie nadal funkcjonował, a poszkodowani będą pacjenci.
Czytaj też: NFZ wprowadza ostre cięcia. To pacjenci zapłacą za brak decyzji rządu
Dalsza część artykułu pod materiałem wideo
Nie unikniemy wyższej opłaty zdrowotnej bądź zwiększonych obciążeń podatkowych – Łukasz Kozłowski w Onet Rano Finansowo
Protest, któremu ustąpił Niedzielski
Wszystko rozpoczęło się w 2021 r., gdy pandemia stopniowo słabła i do historii miały przejść premie covidowe dla personelu medycznego, wprowadzone w marcu 2020 r. Ogółem wyniosły one budżet państwa blisko 9 mld zł i zostały poddane ostrej krytyce przez Najwyższą Izbę Kontroli.
Dzięki nim jednak lekarze i pielęgniarki uświadomili sobie, że mogą zarabiać przyzwoite pieniądze, i rozpoczęli żądania podwyżek. Powstał Ogólnopolski Komitet Protestacyjno-Strajkowy Ochrony Zdrowia, wspierany przez ówczesną opozycję i pacjentów. Z protestującymi prowadził negocjacje ekonomista Adam Niedzielski, od sierpnia 2020 r. minister zdrowia, wcześniej szef NFZ. Rozmowy nie posuwały się naprzód i we wrześniu przed siedzibą premiera utworzono Białe miasteczko 2.0.

Ustawa, która dała początek spirali wydatków
Było to trudne, lecz na początku listopada 2021 r. udało się zawrzeć porozumienie w sprawie podwyżek, a Ministerstwo Zdrowia opracowało stosowny projekt ustawy.
“Projekt ustawy można nazwać przełomowym. Nigdy wcześniej nie miał miejsca tak duży wzrost, jeśli chodzi o minimalne płace w sektorze zdrowotnym. W zależności od grup będzie to wzrost gwarantowanego wynagrodzenia zasadniczego od 17 do 41 proc. Przeciętnie ten wzrost wynosi około 30 proc.” — zapewniał parlamentarzystów Piotr Bromber, który we wrześniu 2021 r. objął stanowisko wiceministra zdrowia ds. dialogu społecznego.
Projekt zakładał spore podwyżki dla niemal 570 tys. pracowników służby zdrowia, powiązane ze średnią płacą i uwzględnione w kosztach świadczeń.
Dla większości pracowników podwyżka wyniosła ponad 1000 zł miesięcznie, a dla niektórych niemal 2000 zł. W tej kwestii nie było rozbieżności między rządzącymi (PiS) a opozycją (Koalicja Obywatelska). Za zagłosowało 445 posłów spośród 453 obecnych na sali.
Czytaj też: Tyle płacą lekarzom i pielęgniarkom. Liczby wciąż szokują, a w lipcu znowu wzrosną

Głos rozsądku, którego nie usłuchano
I prawie nikomu nie przeszkadzało, że w Ministerstwie Zdrowia i NFZ nikt nie oszacował długofalowych konsekwencji regularnych podwyżek powiązanych ze średnim wynagrodzeniem w gospodarce.
W owym czasie ministerstwo zdrowia zapewniało, że “rozwiązanie działające od 1 lipca 2022 r. jest najkorzystniejsze dla pacjentów”. Dzięki niemu nie zabraknie lekarzy i pielęgniarek, ale również fizjoterapeutów czy ratowników.

Podczas prac nad projektem jedynie Marek Wójcik, pełnomocnik Związku Miast Polskich ds. legislacji, były wiceminister administracji i cyfryzacji, zwracał uwagę na olbrzymie koszty. To właśnie jego półtora roku później nazwano lobbystą, a Szymon Hołownia wyprosił z sali obrad.
Wójcik przestrzegał, że to, co zawarto w OSR, nie jest zgodne z prawdą i pytał o źródła finansowania skutków podwyżek. Jego zdaniem w 2023 r. miały pochłonąć co najmniej 14,4 mld zł. Pomylił się o ponad 10 mld zł, ponieważ podwyżki pochłonęły 26,5 mld zł.
“To nie z budżetu państwa, a głównie ze składki zdrowotnej będą te wzrosty, a budżet państwa być może będzie się dokładał, a być może nie. Radujemy się, że podwyżki będą dla personelu medycznego, a zwłaszcza dla tych zawodów, które dotychczas nie miały możliwości podwyżki, a więc ratownicy medyczni, diagności laboratoryjni, fizjoterapeuci, ale pytamy o źródło. Grzecznie proszę o wskazanie źródeł pokrycia wzrostu nakładów na system rok do roku o mniej więcej jedną piątą” — mówił Wójcik.
Odpowiedzi jednak nie uzyskał, nikt go nie posłuchał do dzisiaj, a projekt przegłosowano w trybie ekspresowym — w ciągu jednego dnia. Nikt na serio nie przemyślał, co nastąpi rok, dwa, trzy lata później. Dziś bilans jest bolesny. Tylko w bieżącym roku efekty ustawy podwyżkowej wynoszą ok. 72 mld zł.
Drugi cios, którego nikt nie dostrzegł
Po przegłosowaniu ustawy podwyżkowej Niedzielski w rzeczywistości przeprowadził drugie uderzenie w fundamenty finansowe ochrony zdrowia. W 2022 r. wrzucił pospiesznie bez konsultacji (osławione „konsultacji nie przeprowadzono ze względu na jednoznacznie pozytywny charakter projektu”) nowelizację ustawy o zawodzie lekarza i lekarza dentysty, która obniżyła przychody i powiększyła koszty NFZ już na starcie o 7 mld zł rocznie.

Chodziło o brak finansowania z budżetu m.in. ratownictwa, szczepionek czy darmowych leków 65+, za co NFZ od tego momentu musi płacić z puli środków, które miał ze składki na inne cele, takie jak szpitale czy AOS (poradnie specjalistyczne).
System ochrony zdrowia otrzymał podwójny cios — eskalacja wydatków i redukcja wpływów w tym samym momencie. Trudno uniknąć wrażenia, że wynikało to z cynicznej kalkulacji, że skoro NFZ na zakończenie 2022 r. dysponował 26 mld zł w funduszu rezerwowym, to będzie go stać na wszystkie podwyżki przy równoczesnym cięciu dotacji budżetowych. Było to prawdziwe, ale tylko do czasu wyczerpania się rezerw. W zasadzie wpisywało się to w mentalność „po nas choćby kataklizm”.
Z niewiadomych przyczyn katastrofa wywołana kurczącymi się rezerwami, nadeszła na przełomie 2023 i 2024 r. Rząd PiS nie musiał się już o nic troszczyć, a rząd Koalicji 15 października nie zauważył niebezpieczeństwa i nie podjął próby zaradzenia kryzysowi. Wszyscy rozprawiali o przywracaniu zasad państwa prawa, nikt o naprawie NFZ, chociaż pacjentów jest o wiele więcej niż spraw w sądach.
System, który zaczyna się dusić
Narodowy Fundusz Zdrowia znalazł się w impasie. Wydatki na świadczenia rosną, gdyż rosną pensje. Równocześnie składka zdrowotna przestała wystarczać na utrzymanie systemu. I żaden z rządzących nie zamierza znaleźć rozwiązania, chociaż eksperci od co najmniej dwóch lat proponują rozmaite środki zaradcze.
Izabela Leszczyna zapewniała, że wszystko jest pod kontrolą, pomimo że dziura budżetowa powiększała się z miesiąca na miesiąc.
Jej następczyni Jolanta Sobierańska-Grenda przedstawiła ministrowi finansów plan naprawczy, lecz zrezygnowała z jego najważniejszego elementu: zamrożenia podwyżek w 2026 r., ponieważ…. nie wyrazili na to zgody związkowcy.
Trudno się temu dziwić. Zadaniem związków zawodowych jest bronić interesów swoich członków, a nie ograniczać ich płace, aby ocalić budżet państwa.
Problem polega na tym, że rząd także nie chce wziąć na siebie politycznych konsekwencji takiej decyzji. Ministerstwo Zdrowia i Kancelaria Premiera wyraźnie obawiają się demonstracji środowiska medycznego. Donald Tusk nie pragnie widzieć przed swoją kancelarią Białego Miasteczka — w wersji 3.0.
Zapominają jednak, że kiedy medycy protestowali w 2021 r., minimalna pensja lekarza stażysty wynosiła 4186 zł, lekarza bez specjalizacji 5478 zł, a ze specjalizacją 6 201 zł. Rekordziści na kontraktach otrzymywali 100 tys. zł miesięcznie.
Od lipca 2026 r. minimalna płaca stażysty to 8 458 zł, a specjalisty — 12 910 zł, lecz rekordziści wystawiają faktury na ponad 350 tys. zł miesięcznie. A Polacy w mediach społecznościowych wyliczają, jak kosztowne auta parkują pod powiatowym szpitalem. Przysłowie „pokaż lekarzu, co masz w garażu” znów zyskuje na popularności.
Minister finansów nie jest w stanie znaleźć brakujących funduszy. I trudno się temu dziwić — mowa o sumach, które mogą zachwiać finansami publicznymi. Zaskakuje jednak, że w takiej sytuacji promował ideę obniżenia składki zdrowotnej, nie szukał porozumienia z ministrem zdrowia, a przede wszystkim nie próbuje zrozumieć, dlaczego tak ogromne nakłady na ochronę zdrowia wciąż nie przekładają się na realną poprawę opieki nad pacjentami.
Krótko mówiąc kolejni ministrowie, tak samo jak Adam Niedzielski, narzucają na NFZ powinności, których Fundusz nie jest w stanie wypełnić. Inwestycje co prawda rosną, ale wciąż niewspółmiernie do kosztów.
A skoro brakuje środków, to NFZ zaczyna robić jedyną rzecz, jaką potrafi: ogranicza świadczenia. Finansuje coraz mniej procedur. Limity wracają nieoficjalnie. Kontrakty są pomniejszane. Pacjent dostrzega tylko jeden rezultat — wydłużone kolejki i utrudniony dostęp do leczenia.
Cisza, która da o sobie znać w roku wyborczym
Polska ochrona zdrowia nie znalazła się w stanie kryzysu nagle. To efekt jednej ustawy, która zapoczątkowała proces, nad którym państwo utraciło kontrolę.
Ustawy, za którą stał PiS i jego minister zdrowia Adam Niedzielski, ale również obecny szef NFZ Filip Nowak. Awansował z wiceprezesa na prezesa Funduszu, kiedy Niedzielski trafił na Miodową 15 (tam w Warszawie znajduje się Ministerstwo Zdrowia).
Zatem dlaczego nikt o tym otwarcie nie mówi? Dlaczego słyszymy oskarżenia w stosunku do Ziobry, ale nie słyszymy nic na temat tego, co złego zrobił Niedzielski? Dlaczego nikt w państwie nie chce podjąć kroków, które nie dotykałyby wyłącznie pacjentów? Za to mówi się, że Jolanta Sobierańska-Grenda utraci posadę ministra, pomimo że chciała zrobić więcej niż jej poprzedniczka.
Koalicja obecnie milczy, gdyż nie chce zadrażniać relacji z lekarzami. Milczenie nie odwróci skutków błędnych decyzji, czy ich braku, nie skróci kolejek.
Można pomijać ostrzeżenia ekspertów, można pomijać rachunek ekonomiczny, można pomijać sygnały pochodzące z samego NFZ. Ale czy można ignorować pacjentów? Teoretycznie tak. Jednakże jesienią 2027 r., kiedy szpitalom zabraknie pieniędzy na badania i leczenie, to pacjenci mogą zaprotestować podczas wyborów.
Wówczas nikt już nie będzie analizował subtelności legislacyjnych ani tego, kto i kiedy popełnił błąd. Pozostanie jedno pytanie: kto ponosi odpowiedzialność za system, który przestał funkcjonować. I nie będzie to Adam Niedzielski, chociaż od niego się to zaczęło, a kryzys w zdrowiu będzie większy niż w sądownictwie.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
