Opieka zdrowotna w Polsce nie pogrążyła się w kryzysie nagle z winy jednego czy nawet kilkuset lekarzy inkasujących co miesiąc ponad 100 tys. zł. Jest to rezultat jednej ustawy, która uruchomiła mechanizm, nad którym państwo utraciło kontrolę.
Ten mechanizm ponownie zadziała 1 lipca. Istnieje szansa, że tym razem wywoła mniejsze spustoszenie niż podczas kadencji Adama Niedzielskiego i Izabeli Leszczyny w Ministerstwie Zdrowia. To jednak niewystarczające, by położyć kres patologicznemu systemowi.
Kwestia Szpitala Południowego i Dawida Kacprzyka, opisana przez Patryka Słowika na portalu Zero, budzi oburzenie i jest szeroko komentowana w mediach, ale przesłania istotę problemu. Wiele “patologii” jest bowiem tolerowanych przez państwo i obowiązujące prawo.
Eksperci, choć nie chcą wypowiadać się pod nazwiskiem, przyznają w kuluarach, że tylko nierozsądny człowiek nie skorzystałby z tego, co oferuje system. Rząd zapowiedział zmiany legislacyjne mające na celu zwiększenie przejrzystości w kwestii wynagrodzeń lekarzy. Jednak coroczne podwyżki i wysokie pensje stanowią jedynie wierzchołek góry lodowej. Ustawa dotycząca gromadzenia informacji o wynagrodzeniach lekarzy, nad którą pracuje Sejm, nie rozwiąże systemowych problemów. Oto fakty, które warto znać, zanim zaczniemy obwiniać medyków.
Przeczytaj również: Czy Polska pójdzie w ślady USA? Tam gospodarka ma kształt litery K
Ustawa, od której wszystko się zaczęło
12 910 zł dla lekarza ze specjalizacją, 10 959 zł dla tego bez specjalizacji, 11 485 zł dla magistra pielęgniarstwa. Takie będą płace minimalne od 1 lipca 2026 r. Ogółem najniższe zarobki w ochronie zdrowia wzrosną o 8,82 proc. rok do roku, a od 2022 r. o ponad 57 proc. Dotyczy to również diagnostów, farmaceutów, radiologów, psychologów i salowych. Jest to konsekwencja uchwalonej za czasów ministra zdrowia Adama Niedzielskiego ustawy o minimalnych wynagrodzeniach w ochronie zdrowia.

Powoduje to znaczące podwyżki, jednak należy pamiętać, że kiedy w 2021 r. medycy organizowali Białe Miasteczko i domagali się lepszych zarobków, minimalne wynagrodzenie lekarza stażysty wynosiło 4186 zł, lekarza bez specjalizacji 5478 zł, a ze specjalizacją 6201 zł, podczas gdy rekordziści na kontraktach otrzymywali 100 tys. zł miesięcznie. Wówczas podwyżki były uzasadnione, ale przyjęty mechanizm okazał się wadliwy, o czym pisałam w artykule „Ustawa Niedzielskiego uruchomiła spiralę kosztów. Milczenie trwa”. Dziś, mimo że pracownicy szpitali otrzymują godziwe wynagrodzenia, ustawa funkcjonuje bez zmian.
Aby sfinansować podwyżki, zwiększono wyceny świadczeń. Wydatki na opiekę zdrowotną wzrosły, ale pacjenci nie odczuli tego, ponieważ liczba świadczonych usług nie wzrosła. Środki finansowe były przeznaczane na pensje, ale nie tylko osób zatrudnionych na etatach. Plan finansowy NFZ na 2026 r. przewiduje kwotę 220 mld zł, z czego same podwyżki pochłoną aż 72 mld zł. NFZ dysponuje więc większym budżetem, ale może zakupić mniej procedur.
Jak wyjaśnił w polemice Janusz Cieszyński, poseł PiS i były wiceminister zdrowia, choć ustawa miała chronić najniżej opłacanych pracowników etatowych, mechanizm jej wdrożenia spowodował, że skorzystali na niej lekarze pracujący na kontraktach, którzy nie potrzebowali takiej ochrony.
Wyceny świadczeń były podnoszone zarówno za rządów PiS, jak i Koalicji 15 października, obejmując wszystkich – zarówno etatowców, jak i kontraktowców. Większość lekarzy, zwłaszcza w szpitalach powiatowych, nie jest zatrudniona na umowę o pracę, lecz wystawia faktury za wykonane usługi. Gdyby oni nie otrzymali podwyżek, mogliby odejść, co zmusiłoby szpital do zamknięcia dochodowego oddziału.
Przeczytaj również: Bezpieczeństwo lekowe w UE. Dlaczego Polacy nadal są zależni od Chin?
Z najnowszych danych Agencji Oceny Technologii Medycznych i Taryfikacji wynika, że faktury szpitalom wystawia 73 proc. lekarzy specjalistów. Tylko 27 proc. ma umowy o pracę.
Wszystko wskazuje na to, że w tym roku Ministerstwo Zdrowia zdecyduje się na wariant realizacji podwyżek, który nie obejmie lekarzy na kontraktach. Byłby to pierwszy, lecz bardzo nieznaczny krok w kierunku zmian. Niewystarczający.
Zobacz również: Tyle płacą lekarzom i pielęgniarkom. Liczby nadal szokują, a w lipcu znów wzrosną
Lekarze preferują działalność gospodarczą ze względu na korzyści
Lekarze mają możliwość pracy zarówno na etatach, jak i na kontraktach. Te drugie oferują znacznie większą swobodę i, co istotniejsze, wyższe dochody. Te zasady są ustalane przez państwo, ponieważ dotyczy to systemu podatkowego.
Według danych ZUS za pierwsze półrocze 2025 r. lekarze na umowach o pracę trwających dłużej niż dwa lata zarabiali średnio miesięcznie 21 285 zł. Dane AOTMiT wskazują natomiast, że mediana wynosi 23 666 zł, co oznacza, że połowa zarabia więcej, a połowa mniej.
W rezultacie lekarz już po pół roku pracy, a często wcześniej, przekracza drugi próg podatkowy i od nadwyżki powyżej 120 tys. zł płaci 35 proc. podatku.
Lekarz na kontrakcie może wybrać podatek liniowy (19 proc.) lub ryczałt (jeśli nie ponosi kosztów, np. związanych z drogim samochodem w leasingu) i płacić jedynie 14 proc. podatku.
Jak pokazują dane opublikowane przez Łukasza Kozłowskiego, głównego ekonomistę Federacji Przedsiębiorców Polskich, liczba osób wybierających ryczałt rośnie, co jest zrozumiałe. Przedsiębiorczy Polacy, w tym lekarze, wybierają najkorzystniejsze opcje.
x.com
Dlatego trzy czwarte lekarzy prowadzi własną działalność gospodarczą, a część z nich wystawia faktury na kwoty przekraczające 100 tys. zł miesięcznie.

Kontrakt zapewnia jeszcze jedną korzyść, umożliwiając pracę w kilku miejscach jednocześnie i ułatwiając negocjowanie wyższych stawek ze szpitalem. To właśnie ta konkurencja napędza wzrost wynagrodzeń, głównie wśród medyków prowadzących własną działalność. Według danych AOTMiT, ponad 600 lekarzy zarabia więcej niż 100 tys. zł miesięcznie. Państwo, na przykład NFZ, tego nie kontroluje, a system nie tylko nie blokuje, ale wręcz wspiera. Prowadzi to do patologii, ale również do nierówności. W szpitalach i przychodniach obok siebie pracują osoby zarabiające do 20 tys. zł i ponad 100 tys. zł (około 45 na umowach o pracę i około 630 na kontraktach spośród 80 tys. lekarzy).
Przeczytaj również: Lekarze komentują ustawę rządu. „Dodatkowe skanowanie środowiska”
Szpitale rywalizują o środki i lekarzy
Kluczowym elementem systemu jest rywalizacja pomiędzy placówkami o kontrakty z NFZ. Teoretycznie ma ona zwiększać efektywność, ale w praktyce prowadzi do licytacji o specjalistów w najlepiej wycenianych dziedzinach.
NFZ zawiera umowy z tysiącami szpitali, przychodni i innych jednostek, które następnie podpisują kontrakty z lekarzami i ustalają ich wynagrodzenia. Aby placówka otrzymała kontrakt od NFZ, musi zatrudniać odpowiednią liczbę specjalistów, nie zawsze racjonalną.
Szpitale z kolei najchętniej prowadzą oddziały, które przynoszą zyski, a nie te, które odpowiadają na potrzeby społeczne. Każdy szpital powiatowy pragnie posiadać oddziały neurochirurgii, kardiologii, ortopedii, okulistyki, ponieważ np. zabiegi zaćmy, endoprotezoplastyki stawu biodrowego czy kardiologia inwazyjna są wyceniane znacznie wyżej niż pediatria, położnictwo czy internistyka.
W praktyce więc liczba najlepiej zarabiających lekarzy nie jest tak duża. Większość internistów, pediatrów, reumatologów zarabia całkiem nieźle, około 15–20 tys. zł, ale nie miliony.
Jak pisze na platformie X Jakub Kosikowski, rzecznik Naczelnej Izby Lekarskiej, szpital powiatowy zatrudnia neurochirurga nawet za 100 tys. zł miesięcznie, ponieważ dzięki temu generuje 2 mln zł przychodu. Jeden neurochirurg, radiolog opisujący badania rezonansem magnetycznym lub anestezjolog może mieć kontrakty z kilkoma szpitalami.
x.com
W konsekwencji szpitale, a także przychodnie, konkurują między sobą o kontrakty z NFZ, a aby realizować najlepiej wyceniane procedury, muszą rywalizować o personel. Mogą to robić jedynie poprzez wynagrodzenia, które nie podlegają żadnym limitom.
Dobry kardiolog czy okulista może więc pracować w szpitalu np. w Garwolinie, Lublinie i Warszawie, a jednocześnie przyjmować pacjentów w przychodni raz w tygodniu.
Jak informują nas eksperci, lekarze byliby nierozsądni, gdyby nie wykorzystali możliwości oferowanych przez system. „W obecnym systemie byłoby dziwne, gdyby poszukiwani na rynku specjaliści nie zarabiali tyle” – stwierdza jeden z ekspertów.
Dopóki nie stworzymy realnej sieci szpitali – takiej, w której placówki współpracują, zamiast konkurować, i nie wprowadzimy przedziałów wynagrodzeń – problemy będą się powtarzać.
Sama świadomość zarobków nie zmieni systemu, a na razie tylko taka zmiana jest proponowana, mimo że eksperci od lat ostrzegają przed załamaniem w ochronie zdrowia.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
