Za 14 lat obszar Unii Europejskiej powinien być już niemalże wolny od emisji. Tego oczekują parlamentarzyści europejscy, którzy zatwierdzili właśnie nowy zamysł obniżenia emisji gazów cieplarnianych na rok 2040. Mnóstwo branż czeka prawdziwa metamorfoza. Czy ochrona klimatu oraz konkurencyjność ekonomii są z góry skazane na konflikt?

- Parlament UE uchwalił modyfikację Europejskiego Prawa Klimatycznego, mówiącą o priorytecie ograniczenia emisji gazów cieplarnianych o 90 proc. do 2040 r.
- Wdrożenie tego założenia potrzebuje radykalnych przemian w każdym segmencie wspólnotowych gospodarek
- Zamysł ten wywołuje niepokoje o rezultaty dla europejskiego przemysłu, ale również rolnictwa czy transportu
- W trakcie głosowania na forum Rady UE Polska utrzyma swój sprzeciw wobec proponowanego wskaźnika
- Więcej wiadomości o gospodarce odnajdziesz na stronie Businessinsider.com.pl
Świeży cel klimatyczny Unii Europejskiej jest coraz bliżej akceptacji. 10 lutego Parlament Europejski potwierdził wcześniejsze uzgodnienie z Radą UE w kwestii zasugerowanej oficjalnie w lipcu ubiegłego roku przez Komisję Europejską modyfikacji Europejskiego Prawa Klimatycznego (rozporządzenia sprzed pięciu lat, które wyznacza cel neutralności klimatycznej w roku 2050 oraz cele tymczasowe).
Dalsza treść artykułu znajduje się pod nagraniem video:
Polska wypowie Zielony Ład? To nie takie proste
Do roku 2040 emisje gazów cieplarnianych od stolicy Portugalii po stolicę Polski i od stolicy Finlandii po stolicę Grecji mają zmniejszyć się o 90 proc. w zestawieniu z poziomem z 1990 r. To czasowy zamiar przed tym, który już dawno został zatwierdzony na środek stulecia, kiedy to cała Unia ma być już w pełni obojętna dla klimatu, a ewentualne emisje będą absorbowane przez specjalne rozwiązania techniczne albo ekosystemy. Za porozumieniem głosowało 413 europosłów przy 226 głosach przeciwnych.
Czytaj również: O 90 proc. mniej emisji do 2040 r.? Nadchodzi nowy zamysł klimatyczny UE
Zamysł na 2040 r. “Nie można zrealizować małymi krokami”
Jeśli “zamysł 90 proc.”, jak się go niekiedy w skrócie określa, rzeczywiście wejdzie w życie (do tego niezbędna jest jeszcze finalna akceptacja ze strony Rady UE, czyli reprezentantów państw członkowskich), nasza wspólnota będzie miała kilkanaście lat na niezwykle gruntowne przeobrażenia w praktycznie wszystkich odnogach gospodarki, dotyczące wielu sfer egzystencji społeczeństw.
Katarzyna Snyder, specjalistka międzynarodowej polityki klimatycznej i fellow policy w Instytucie Zielonej Gospodarki, nazywa decyzję parlamentu o poparciu zamysłu “śmiałą i bardzo ambitną”, a ponadto wymagającą transformacji od energetyki i przemysłu po takie sektory jak budownictwo oraz rolnictwo.
— Nie da się tego osiągnąć małymi krokami. Potrzebne są niezwłoczne inwestycje w odnawialne źródła energii, powszechna termomodernizacja budynków, elektryfikacja przewozu oraz dekarbonizacja przemysłu ciężkiego z wykorzystaniem czystych technologii, takich jak ekologiczny wodór, CCUS (wychwytywanie dwutlenku węgla i jego ponowne użycie, np. w przemyśle — przyp. red.) i elektryfikacja procesów — oznajmia.
ETS2 wejdzie rok później
W porozumieniu, które klepnął parlament, znalazły się rozwiązania, na których zależało państwom i pochodzącym z nich politykom, a które zezwalają na większą swobodę w redukowaniu emisji. Kluczowy z nich to tzw. kredyty węglowe — od 2036 r. do 5 proc. obniżki będzie można uskutecznić poprzez proekologiczne lokaty poza unią. To więcej niż proponowała Komisja Europejska — w wstępnym projekcie była mowa o 3 proc.
Także w obrębie państw członkowskich usuwanie dwutlenku węgla z atmosfery będzie mogło równoważyć emisje z działów trudnych do dekarbonizacji, co wydaje się być przychylnością wobec takich branż jak na przykład produkcja cementu. W ramach modyfikacji rozporządzenia zatwierdzono też ustalone wcześniej odroczenie wejścia w życie systemu ETS2 z 2027 na 2028 r.
“Europa nie powinna wyznaczać sobie wyższych założeń”
Wprowadzone zabezpieczenia nie wszystkich przekonują. Krytyczne nastawienie w stosunku do zamysłu na 2040 r. 10 lutego zaprezentował Polski Komitet Energii Elektrycznej (PKEE), branżowe stowarzyszenie reprezentujące naczelnych krajowych potentatów z energetycznej “wielkiej czwórki” (PGE, Tauron, Energę i Eneę) oraz zaangażowane w unijne procesy legislacyjne.
Zdaniem cytowanego w nim Dariusza Lubery, prezesa PGE, zamysł jest przesadnie ambitny i wystawia europejską energetykę oraz przemysł na zbyt wielką presję. Sektory wytwarzania prądu i ciepła za 13 lat musiałyby być już w pełni zdekarbonizowane, co zdaniem PKEEE jest niemożliwe. Narzucanie zeroemisyjnych źródeł energii ma godzić w europejską konkurencyjność i prowadzić do deindustrializacji Europy. Komitet dowodzi również, iż unijne zamysły redukcyjne nie mają odpowiedników w innych częściach globu — pozostali globalni gracze nie nakładają na siebie tego rodzaju zobowiązań.
Analogiczne stanowisko w rozmowie z Business Insiderem przedstawia Marcin Izdebski, szef zespołu energetycznego w Centrum Strategii Rozwojowych oraz przewodniczący Rady Energii i Zasobów Naturalnych przy Prezydencie RP.
— Europa nie powinna wyznaczać sobie wyższych priorytetów niż inne ugrupowania gospodarcze. Od 1990 r. zredukowaliśmy swoje emisje o 37 proc., podczas gdy na świecie wzrosły one o 70 proc. Ta polityka nie działa, więc trzeba obrać inną drogę — relacjonuje.
“Coraz więcej musimy nabywać z zewnątrz”
Przyśpieszone dążenia do zerowej emisyjności mają służyć nie tylko ochronie klimatu, lecz także bezpieczeństwu energetycznemu i niezależności od importu paliw kopalnych, w opinii prezydenckiego doradcy paradoksalnie wszakże pogłębiają tę zależność.
— Gdyby sektory wydobywcze w Europie mogły inwestować w badania i rozwój, poszukując jednocześnie nowych złóż, moglibyśmy w większym stopniu opierać się na własnych surowcach. Tymczasem coraz większą ich część musimy nabywać z zewnątrz, a energetyka, przemysł czy transport jeszcze długo nie obejdą się bez gazu oraz ropy. Potencjalna decyzja o ograniczeniu wydobycia tych paliw w Norwegii mogłaby uderzyć w całą UE — argumentuje.

Czytaj także: “Drill, baby, drill” czy neutralność klimatyczna? Co zrobić z odkryciem na Bałtyku
Zamysł na 2040 r. Będzie ETS3?
Jak zauważyła Katarzyna Snyder, zredukowanie wszystkich emisji gazów cieplarnianych o 90 proc. wymaga przeobrażeń w wielu sektorach, również w rolnictwie. Po głośnych protestach wbrew Europejskiemu Zielonemu Ładowi i umowie handlowej z ugrupowaniem Mercosur nietrudno sobie wyobrazić jak potężny sprzeciw rolników wzbudziłby tzw. ETS3, czyli hipotetyczne rozszerzenie handlu uprawnieniami do emisji właśnie na produkcję żywności. Obecnie zbliżone rozwiązanie funkcjonuje jedynie w Danii i oficjalnie nie ma mowy o jego wprowadzeniu na poziomie UE. Marcin Izdebski uważa jednak, że byłaby to logiczna konsekwencja ambicji klimatycznych na 2040 r.
— Jeżeli KE chce zostawić rolnictwo w spokoju, jednocześnie realizując zamysł redukcji emisji o 90 proc., musiałaby doprowadzić do praktycznie całkowitej dekarbonizacji w transporcie, przemyśle czy energetyce. Teoretycznie jest to możliwe, grozi jednak wielkim upadkiem cywilizacyjnym, utratą miejsc pracy i regresem całych regionów, a zwłaszcza uderzy w osoby najuboższe. Jeśli Europa ma poradzić sobie z globalnymi wyzwaniami tyczącymi się zmiany klimatu i wszelkimi innymi, musi być silna oraz zamożna. Ta polityka wiedzie do czegoś zupełnie przeciwnego — ocenia Izdebski.
Zamysł na 2040 r. “Unia próbuje sama siebie okłamać”
Kredyty węglowe, mające świadczyć o unijnej elastyczności oraz pójściu na ustępstwa państwom członkowskim, zdaniem Izdebskiego stanowią “absurd”, w którym Unia de facto przyznaje, że jej zamysły są niewykonalne.
– Unia próbuje w ten sposób sama siebie okłamać. Zamiast finansować często dyskusyjne inwestycje w krajach trzecich, należy otwarcie przyznać, iż jeśli pewnych celów nie da się zrealizować, to trzeba je po prostu zniżyć – argumentuje.
Analogicznie komentuje też doniesienia o możliwych modyfikacjach w systemie ETS, które, według informacji Agencji Reutera, miałyby polegać np. na likwidacji bezpłatnych uprawnień, lecz przy objęciu opłatami mniejszych wolumenów emisji niż do tej pory, zachowaniu bezpłatnych uprawnień jedynie dla firm inwestujących w dekarbonizację albo zachowaniu obecnej puli bezpłatnych uprawnień (które zgodnie z obecnymi przepisami mają być wycofywane).

— Wszystkie te scenariusze mają wady i zalety, są wszakże nie do pogodzenia z zamysłem na 2040 rok, który pozostawia bardzo małą przestrzeń na jakąkolwiek działalność emisyjną. Unijni decydenci prędzej czy później będą musieli dostrzec tę sprzeczność — mówi.
Zamysł na 2040 r. Klimat i ekonomia mogą iść razem?
Niezależnie od narzuconego tempa, jedno jest niewątpliwe — szeroka dekarbonizacja wymaga gigantycznych wydatków, których nie udźwignie sam segment prywatny. Czy wyznaczając zamysły, Unia weźmie na siebie również odpowiedzialność za wsparcie w ich realizacji? Polski Komitet Energii Elektrycznej apeluje o powiększenie nakładów na infrastrukturę energetyczną w nowych wieloletnich ramach finansowych po 2028 r.
Również Katarzyna Snyder wspomina o znaczeniu polityki publicznej, która jest niezbędna dla pogodzenia priorytetów klimatycznych z konkurencyjnością europejskiego przemysłu. — Bez rozsądnych mechanizmów poparcia istnieje groźba ucieczki emisji, utraty miejsc pracy oraz spadku lokat — zauważa.
Czytaj również: Startują negocjacje nowego budżetu UE. Polska może stracić miliardy [WYWIAD]
Ekspertka zaznacza, że zamysł na rok 2040 jest kamieniem milowym w dążeniu do neutralności klimatycznej 10 lat później, do której Unia Europejska zobowiązała się formalnie już w 2021 r. Połączenie wsparcia, ochrony gospodarek i społeczeństw przed efektami ubocznymi przyśpieszonej transformacji i współpracy międzynarodowej może dopomóc Unii osiągnąć sukces i przy zamysle tymczasowym i “ostatecznym”. Jak podkreśla Snyder, taki sukces udowodni, że “ochrona klimatu oraz mocna ekonomia mogą iść w parze”. — Nie jest to łatwe zadanie — przyznaje równocześnie.
“Polska nie jest w stanie z tym wygrać”
— Wspieranie innowacji i rozwoju technologii jest oczywiście kluczowe i potrzebne, nasze środki nie są jednak nieograniczone, zatem musimy odpowiedzieć sobie na pytanie, co jest dzisiaj najistotniejsze. Moim zdaniem to bezpieczeństwo — na zapytanie o rolę szeroko rozumianego wsparcia publicznego odpowiada Marcin Izdebski.
Dodaje również, że technologie w pewnym momencie powinny tanieć i radzić sobie bez dotacji, a w wypadku takich dekarbonizacyjnych rozwiązań jak CCUS czy zielony wodór jesteśmy od tego dalecy.
Zdaniem Izdebskiego obecnie punkt centralny wsparcia publicznego przesuwa się również z Brukseli w stronę państw narodowych.
— Niemcy np. zagwarantowały swojemu przemysłowi energochłonnemu prąd z gwarantowaną ceną 50 zł/MWh. — energia elektryczna tyle kosztowała 8-9 lat temu. Państwa o mniejszych zasobach fiskalnych takie jak Polska nie są w stanie z tym konkurować — konstatuje.
Unia “najlepszym uczniem w szkole”?
Czy zdoła się uniknąć dylematu ochrona klimatu kontra ochrona konkurencyjności, w którym każda decyzja — zarówno przyśpieszenie dekarbonizacji, jak i jej spowolnienie — przyniesie jakieś straty; od nasilania się ekstremalnych zjawisk pogodowych i rosnącej liczby ich ofiar, po społeczno-gospodarczy upadek, również z wymiernymi ofiarami?
– Do pewnego stopnia wolno rzec, iż jest to dylemat nierozwiązywalny w krótkim okresie, w jakim wybiera się coś kosztem czegoś, a straty są nieuchronne — relacjonuje Agata Łoskot-Strachota, koordynatorka projektu Energia w Europie w Ośrodku Studiów Wschodnich.
– Założenia unijnej transformacji energetycznej wskazywały i do pewnego stopnia wciąż wskazują, że polityka dekarbonizacyjna będzie wspierać rozwój nowych dziedzin przemysłu i usiłowała oprzeć na nich nowe przewagi konkurencyjne UE. Przy okazji dyskusji o zamyśle na rok 2040 akcenty rozmowy jednak nieco się zmieniają, skoro mamy np. zezwalać na tańsze i łatwiejsze metody redukcji emisji w innych państwach za pośrednictwem offsetów. Chyba zaczynamy dostrzegać, że “bycie najlepszym w klasie” na tle reszty świata nie zawsze przynosi rezultaty — dodaje.
“Europa nie jest w najlepszym momencie”
Ekspertka zauważa zbliżone przesunięcia w unijnej debacie także w wypowiedzi Ursuli von der Leyen w trakcie Europejskiego Forum Przemysłowego w Antwerpii 11 lutego, gdzie przewodnicząca Komisji oznajmiła, iż dochody z ETS powinny w większym stopniu sprzyjać dekarbonizacji właśnie europejskich sektorów produkcyjnych.
– Wzrasta świadomość, że ambitne zamysły wymagają ambitnych nakładów i elastyczności, a nie tylko nowych regulacji i obowiązków. To samo dotyczy tego, co uznajemy za czyste rozwiązania techniczne. W Antwerpii von der Leyen wyraźnie zaznaczyła, iż to nie tylko energetyka odnawialna, lecz także jądrowa — zaznacza Łoskot-Strachota.
Czytaj także: Rekordowe poparcie dla atomu w Polsce. Takich wyników jeszcze nie było
Specjalistka nie widzi rozwiązania europejskich problemów z transformacją w odseparowaniu od świata i twardym protekcjonizmie, który miałby np. całkowicie wykluczyć sprowadzanie surowców i technologii z innych części globu. Ma również obawy, że środków na bardzo rozbudowaną politykę przemysłową może być zwyczajnie zbyt mało.
— Europejskie ekonomie nie są w swoim najlepszym historycznie momencie. Takie poczynania jak stałe dopłaty do cen energii dla przemysłu czy programy wsparcia dla nierozwiniętych jeszcze ekologicznych technologii są zwyczajnie bardzo kosztowne, a mamy przecież ogromne potrzeby związane z odbudową naszych zdolności obronnych. Niestety, kołdra może okazać się za krótka — mówi.

Dobrą wiadomością jest to, że, jak dodaje Agata Łoskot-Strachota, wyzwania wywołują innowacje. Pewien powszechny, światowy azymut powiększenia produkcji i wykorzystania energii odnawialnej w rozmaitych formach i elektryfikacji gospodarek nie jest zresztą do uniknięcia, czego dowodzi np. polityka Chin.
– Rewolucje Donalda Trumpa tego nie odmienią. Możemy wszakże skorygować kurs i w krótkim czasie postawić przede wszystkim na bezpieczeństwo ekonomiczne. To tak zdefiniowane priorytety powinny kształtować politykę klimatyczną, a nie na odwrót — podsumowuje ekspertka.
Zamysł na 2040 r. Czekają nas kolejne rozmowy?
W Polsce wizja redukcji unijnych emisji o 90 proc. do 2040 r. wywołuje raczej ogólny opór. Widać to po rezultatach głosowania w Europarlamencie — z 53 deputowanych z naszego kraju za przyjęciem zamysłu wypowiedziały się jedynie cztery osoby, tj. Robert Biedroń, Krzysztof Śmiszek oraz Joanna Scheuring-Wielgus z Nowej Lewicy (Grupa Postępowego Sojuszu Socjalistów i Demokratów) i Michał Kobosko z Polski 2050 (Grupa Renew Europe).
Obecnie nie wiadomo jeszcze kiedy zatwierdzeniem zamysłu zajmie się Rada UE, co ostatecznie zakończy proces legislacyjny. Jako Business Insider Polska zwróciliśmy się z pytaniem do Ministerstwa Klimatu i Środowiska (MKiŚ), czy Polska podtrzymuje swoją odmowę na wynegocjowane rozwiązanie. Resort potwierdza i zapewnia, że reprezentanci naszego kraju na forum Rady UE będą głosować na nie.
Równocześnie MKiŚ konstatuje, iż pomimo sfinalizowania negocjacji nad modyfikacją Europejskiego Prawa Klimatycznego najważniejsze dopiero ma nadejść. “Na razie został ustalony zamysł oraz warunki, które winny być uwzględnione przy jego wprowadzaniu — czekają nas dyskusje o tym w jaki sposób, jakimi instrumentami, przez jakie branże, przy jakim wsparciu, ten cel ma zostać zrealizowany. Będą to konkretne rozstrzygnięcia, które zdefiniują stopień zaangażowania poszczególnych gospodarek i przełożą się na realizację zamysłu w praktyce” — informuje ministerstwo. Wygląda zatem na to, że czekają nas jeszcze ciężkie, szczegółowe rozmowy.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
