Po raz pierwszy prywatne polskie firmy uczestniczyły w rządowej misji gospodarczej do Ukrainy. Wojciech Kostrzewa, przewodniczący Polskiej Rady Biznesu, zaznacza w konwersacji z Business Insiderem, że to moment przełomowy. Równocześnie wskazuje, jakie trudności czekają na polskie podmioty gospodarcze, które pragną inwestować u naszych wschodnich sąsiadów.

W trakcie powrotu z Kijowa, w rozmowie z Wojciechem Kostrzewą poruszyliśmy nie tylko kwestie polsko-ukraińskie, ale także wpływ konfliktu na Środkowym Wschodzie na polską ekonomię. — Nie będę zaprzeczał, że kolejny wstrząs, jakim jest konflikt zbrojny w Iranie i jego konsekwencje dotyczące cen surowców energetycznych, to skutek, który dopiero ujrzymy — deklaruje szef Polskiej Rady Biznesu.
Dalszy ciąg artykułu pod materiałem wideo Polska misja w Ukrainie. Tusk i Nawrocki walczą o NBP. Kulisy nowej Izery
Patryk Skrzat, Business Insider Polska: Prowadzimy dialog w drodze powrotnej z Kijowa, gdzie asystowaliśmy ministrowi Andrzejowi Domańskiemu oraz polskiej delegacji gospodarczej. Czy możemy postrzegać ten wyjazd jako pewien punkt zwrotny w stosunkach? Może nie tyle relacji rząd-biznes, co biznes polski-biznes ukraiński, gdyż finalnie po raz pierwszy na taki wyjazd zaproszono firmy prywatne.
Wojciech Kostrzewa, prezes Polskiej Rady Biznesu: Uważam, że należy mówić o punkcie zwrotnym w obu aspektach, z tego powodu, że po pierwsze, jest to pierwsza misja gospodarcza, oficjalna misja gospodarcza, która odwiedziła Ukrainę, w której brała udział silna delegacja prywatnego polskiego biznesu. Po drugie, byli to reprezentanci firm m.in. z obszaru dronów i produktów dual-use [podwójnego zastosowania cywilnego i wojskowego — przyp. red.], a więc czegoś, co wydaje się obecnie najważniejsze zarówno z perspektywy strategicznych interesów Ukrainy, jak i strategicznych interesów Polski, ponieważ obie strony mogą znacznie zyskać na kooperacji. I po trzecie, jest to kolejna misja gospodarcza realizowana przez ministra Domańskiego, która jest bardzo dobrze przygotowana, przemyślana pod kątem tego, co możemy jako polski biznes osiągnąć i, co ważniejsze, zaplanowana jako element otwierania możliwości.
Czytaj też: To ma być “najlepszy system świata”. Sprawdzamy, czy SAN może nas ochronić przed Rosją
My, jako osoby prowadzące prywatną działalność gospodarczą, nie oczekujemy od przedstawicieli administracji rozwiązywania jakichś problemów, lecz oczekujemy, abyśmy byli przedstawiani jako osoby, którym można zaufać w relacjach z naszymi, w tym przypadku, ukraińskimi partnerami, zarówno prywatnymi, jak i publicznymi. Muszę podkreślić, że odbyliśmy doskonałe rozmowy z reprezentantami ukraińskiego sektora prywatnego, jak również publicznego, co było szczególnie interesujące.
Zainteresowanie współpracą jest ogromne i spodziewam się, że zaobserwujemy kolejne posunięcia w następnych kwartałach.
W takim razie, jakie konkretne przykłady korzyści mogą odnieść nasze polskie, prywatne firmy we współpracy z Ukraińcami?
Konkretnych nie mogę ujawnić, ponieważ są to informacje poufne lub tajne. Mogę jednak stwierdzić, że obie strony mogą wzajemnie wiele zyskać, ponieważ, mówiąc dosadnie, Ukraina stwarza możliwość uzyskania certyfikatu potwierdzającego, że dana technologia została przetestowana w warunkach bojowych.
Z drugiej strony, uczymy się wiele w kwestii elastycznego podejścia do prac projektowych. Nasi koledzy i koleżanki z Ukrainy wyznają zasadę, że nie jest konieczne posiadanie najlepszego rozwiązania technologicznego, które byłoby jak luksusowy Maybach, lecz ważne jest, aby było to coś funkcjonalnego, co można szybko wyprodukować, w dużej ilości egzemplarzy i co da się modyfikować w cyklach kwartalnych, a czasem nawet miesięcznych. Jest to również coś, czego możemy się nauczyć, ponieważ pierwszy raz w historii cykle ulepszania rozwiązań technologicznych są tak krótkie.
A czy dyskutowano o transferze technologii? Ponieważ istnieje, a przynajmniej istniała pewna przeszkoda w tej kwestii na szczeblu wyższym — politycznym.
Uważam, że aktualnie nie ma już przeszkody na najwyższym szczeblu. Niedawno zmieniono regulacje, które dotyczyły wszystkich ukraińskich firm. Prezydent Wołodymyr Zełenski podpisał akt prawny, który pod pewnymi warunkami umożliwia transfer technologii. Co więcej, umożliwia on również relokację zdolności produkcyjnych. Myślę, że kwestią najbliższych kwartałów jest, aby zaobserwować realne efekty.
Czytaj też: Dziura w akcyzie? Wpływy o miliardy niższe od założeń rządu. Mamy wyliczenia [TYLKO U NAS]
To, co mogę powiedzieć, nie zdradzając konkretnych szczegółów, to fakt, że występuje duża otwartość zarówno na transfer technologii, jak i przede wszystkim na współpracę. My jako Polska jesteśmy atrakcyjnym partnerem, ponieważ jesteśmy najbliżej ukraińskiego rynku, jesteśmy członkiem NATO i Unii Europejskiej, korzystającym z programu SAFE, a także z wielu innych programów wspierających Ukrainę, co ułatwia ukraińskim firmom wejście na rynek unijny.
Jakie są największe wyzwania i trudności we współpracy z firmami z Ukrainy?
W przypadku, gdybyśmy inwestowali na terytorium Ukrainy, największym problemem jest możliwość ubezpieczenia ryzyk wojennych, czyli tego, czego nie można ubezpieczyć na standardowym, wolnym rynku. Ten problem został częściowo rozwiązany. KUKE i PZU mają obecnie interesujący produkt, który pozwala na ubezpieczenie usług spedycyjnych, co stanowi krok w dobrym kierunku.
Niemniej jednak, cały czas oczekujemy na pakiet ubezpieczeniowy dla inwestorów, którzy będą inwestować w Ukrainie i oczekują, że ryzyka wojenne — czyli zniszczenia spowodowane wojną, ale także ryzyko terroryzmu lub nacjonalizacji — będą dostępne w rozsądnej cenie, co jest również ważne. Jest to wręcz warunek konieczny dla większych inwestycji polskich firm w Ukrainie, zarówno w ramach programu odbudowy Ukrainy, jak i na wcześniejszym etapie.
Odbiegając nieco od tematyki ukraińskiej i przechodząc do szerszego spojrzenia geopolitycznego, muszę zapytać, jak obecna sytuacja na Bliskim Wschodzie wpływa na polskie firmy?
Można stwierdzić, że od czasu kryzysu finansowego co jakiś czas jesteśmy zaskakiwani, jak to się mówi na giełdach, czarnym łabędziem, który chyba zaczyna być traktowany jako standardowy, biały łabędź lub szary, ponieważ zbyt często nas nawiedza. Oznacza to, że kluczowa staje się zwinność. Musimy być elastyczni i przygotowani na różnego rodzaju nieoczekiwane działania.
Nie ukrywam, że kolejny wstrząs, jakim jest wojna w Iranie i jej następstwa w kontekście cen surowców energetycznych, to efekt, który dopiero zaobserwujemy. Podczas niedawnego spotkania Komisji Trójstronnej w Tokio rozmawiałem ze specjalistami od geopolityki i rynków energii. Wszyscy zgodnie twierdzili, że konflikt i jego konsekwencje będą trwać znacznie dłużej, niż nam się wydaje. Dodali, że kwestią czasu jest, kiedy opóźnione skutki ograniczenia podaży ropy dotrą do rynków w pełnym zakresie i zaczną wpływać na ceny.
Czy w tych rozmowach padały jakieś prognozy dotyczące poziomu cen?
Trudno powiedzieć, ponieważ niepewności jest wciąż mnóstwo, ale nie brakowało ekspertów, którzy sugerowali, że musimy się przyzwyczaić do średniorocznej ceny ropy na poziomie 110-130 dolarów za baryłkę w 2026 roku. Podkreślam, że to wartość średnioroczna. Musi to wyraźnie wpłynąć na ceny detaliczne.
Dziękujemy, że przeczytałaś/eś nasz artykuł do końca. Bądź na bieżąco! Obserwuj nas w Google.
