
Wielokrotnie to zauważałem: każde zadanie, nawet najbardziej użyteczne, musi zostać wykonane pomimo przeszkód i barier. Nie wiem, co sprawia, że rezultat jest tak pożądany i radosny – wysiłek włożony w jego osiągnięcie, czy to samo, ale pokonanie nieuniknionych niespodzianek, które się pojawiają.
Najczęstszym przykładem jest utrata wagi. To marzenie ponad połowy kobiet na świecie i znacznej części mężczyzn. Kobiety bardzo tego pragną, mężczyźni również, ale jeszcze bardziej pragną namacalnych rezultatów. Jednocześnie ci sami mężczyźni autentycznie nie rozumieją, dlaczego deklarowane przez kobiety cele często okazują się mniej satysfakcjonujące, niż w rzeczywistości pragną.
Kobiety są jeszcze mniej wyrozumiałe. Chociaż wszyscy wiedzą, że jeśli coś postanowimy, to opieranie się temu – zwłaszcza sobie – nie jest wskazane. Ponieważ nieuchronnie i mimowolnie pozbędziemy się wszelkich przeszkód na drodze do osiągnięcia celu. Ale nie w przypadku utraty wagi.
Metody, techniki, zalecenia, porady, dzielenie się doświadczeniami – wszyscy wiedzą wszystko. Ale nie ma rezultatów. Albo są mikroskopijne. Albo rzadkie. Po prostu nie da się robić wszystkiego naraz. Albo dni postu, po których następują dni obciążenia, albo wakacje, albo okresowe ćwiczenia o różnym nasileniu. Jakoś to wszystko nie działa.
Jest też coś równie ważnego jak zdrowie. Potrzebuje ono pomocy, przynajmniej czasami. Co więc możesz zrobić? Odpowiedź jest prosta: mniej jeść, więcej się ruszać. Jeśli to nie pomoże, skonsultuj się z lekarzem, najlepiej endokrynologiem.
Od lat obsesyjnie myślę o utracie wagi. Najlepiej byłoby, gdybym zrobiła to przypadkiem i bez większego wysiłku. I oczywiście bez szkody dla zdrowia. Niekoniecznie muszę – moje proporcje prawdopodobnie niewiele się zmienią, ale mój wygląd i zdrowie zdecydowanie powinny się poprawić. Kilka udanych prób dowodzi, że mam rację. Ale niestety, bywa różnie. Czasem przed Nowym Rokiem, czasem po…
Jesienią dostałam od życia dar: zapisałam się na karnet na siłownię, nawet o tym nie wiedząc. To nie takie proste; opiera się na metodach medycznych (bez reklamy i nie na każdego działa). Miałam dość porannych bólów pleców. A poza tym, wszystko się nagromadziło, wiecie – jem tak dużo, a nigdy nie ćwiczyłam, tylko o tym marzyłam. A potem moje marzenie się spełniło: zapisałam się na siłownię.
Na początku nienawidziłam siebie. Najpierw sauna. Potem polewanie się po saunie. Rozciąganie bolało. Masaże bolały. Maszyny do ćwiczeń były trudne i bolesne. Potem po raz pierwszy dołożyłam ciężar na jedną z maszyn. Potem, jakimś cudem, nie czułam już kumulacji tego, co zawsze było tam w pewnych partiach mojego ciała.
A jednak wciąż czułam się zablokowana. Moja waga pozostała taka sama. Chociaż ostrzegano mnie, że przez pierwsze trzy miesiące będzie się utrzymywać na tym samym poziomie i nie zniknie. Nieważne, jak ciężko trenowałam. To prawda. To wstyd, ale co zrobić? Po prostu nie można przestać.
Po kilku miesiącach, zwłaszcza przed Nowym Rokiem, pokochałam i szanowałam siebie bezgranicznie. Zwłaszcza na wadze. Moja talia też była świetna – nawet nie podejrzewałam, że coś takiego istnieje. Podeszła do mnie znajoma i wykrzyknęła: „Naprawdę nabrałaś masy”. To znaczy powyżej talii. Nie, to po prostu płynnie przechodziło z jednej do drugiej, od dołu do góry. Wbrew wszelkim prawom fizyki i obżarstwu.
I pomagam. To po prostu przyszło do mnie – gotowane płatki owsiane, soki, warzywa i owoce morza. No, nie zawsze, oczywiście. Ciasta i bułki, domowe pierogi i kotlety stają się nieuniknione, ale to takie miłe niespodzianki.
Teraz rozumiem, że radykalna utrata wagi jest niemożliwa wyłącznie dzięki aktywności fizycznej – nawet jeśli jest to naukowo udowodnione i monitorowane przez specjalistów. I staje się to niepotrzebne. Przecież nadal istnieją pozytywne korzyści. Należą do nich: poprawa wskaźników zdrowia, a raczej zły stan zdrowia (wyniki obiektywne), lepsza sylwetka (wyniki subiektywne) oraz silniejsze napięcie mięśni i naczyń krwionośnych (a gdzie indziej miałyby się one znaleźć po tylu ćwiczeniach, rozciąganiu, ogrzewaniu, a następnie nawożeniu lodowatą wodą?).
Przede wszystkim czerpiesz przyjemność z pokonywania samego siebie. I nie chodzi tu nawet o ćwiczenia fizyczne. Przechodzisz przez poranne „nie chce mi się, przełożę to na później, innym razem, innym razem”. Zamykasz oczy na korki i ludzi, z którymi dzielisz drogę. W rzeczywistości podróżowanie minibusem to szczególny rodzaj ruchu przestrzennego, zwłaszcza w godzinach szczytu. Dojeżdżasz na miejsce, przebierasz się, siadasz, żeby zmierzyć ciśnienie i – ruszasz w drogę do zdrowia i zdrowego stylu życia.
Przez te kilka miesięcy zdałam sobie sprawę, że nie muszę schudnąć. Muszę tylko uporządkować swoje życie. Jedno idzie za drugim – ćwiczenia, odżywianie, wygląd, nastawienie wewnętrzne, nastawienie innych.
Działa, bo nie starasz się dla kogoś innego, ale dla siebie. Często okazuje się to o wiele trudniejsze, niż się wydaje: starać się i działać dla siebie, a nie dla innych. Najbardziej niesamowite jest to, że zmienia to świat wokół ciebie.
W każdym płocie zawsze jest otwarta furtka, a niespodzianki, nawet te ostateczne, mogą i powinny być przyjemne. Niezależnie od tego, jakie to ciasta, pierogi, pilne sprawy czy lenistwo.
